Weezer – Weezer (The White Album)

Gatunek: rock alternatywny
Data wydania: 2016
Spis utworów: 1. California Kids; 2. Wind in Our Sail; 3. Thank God for Girls; 4. (Girl We Got A) Good Thing; 5. Do You Wanna Get High?; 6. King of the World; 7. Summer Elaine and Drunk Dori; 8. L.A. Girlz; 9. Jacked Up; 10. Endless Bummer

 

Weezer nie musi niczego udowadniać – jeżeli chodzi o rock alternatywny jest to jeden z najlepszych składów w USA. Ich ostatnia płyta, wydana w roku 2014 Everything Will Be Alright in the End, stanowiła świetne świadectwo, że po latach eksperymentowania z elektroniką i szukania własnej drogi panowie znaleźli patent na przebojowe, a zarazem pełne emocji rockowe granie. Ich czwarty krążek z serii tych ozdobionych wyłącznie  nazwą zespołu na okładce – tym razem spowitej w bieli – mógł być wybitną kontynuacją obranego kierunku. I jest – ale tylko częściowo.

Pierwszy niepokój wśród fanów pojawił w chwili, gdy wokalista Rivers Cuomo stwierdził, iż najnowszy album będzie „wyjątkowo plażowy”. Cokolwiek by się pod tym pojęciem nie kryło, nie wydaje się, by dobrze oddawało ono regularny, brudny i energiczny styl grupy (prócz znakomitych, ale okazjonalnych wycieczek jak Island in the Sun z Zielonego). Jeszcze większe zdziwienie wywołały słowa producenta Jake’a Sinclaira, który stwierdził, że jego celem było połączenie sunshine popu spod znaku Beach Boys i „nieprzewidywalnego grunge’u” katowanego przez Weezera w okolicach koszmarnego Pinkertona. Czyżby Weezer odnalazł się na poprzednim wydawnictwie tylko po to, by znów postawić na zmiany? Czarę goryczy zdawał się przelewać koncept graficzny krążka (Biały Album kojarzy się momentalnie z The Beatles) oraz single, których wypuszczono nieprzyzwoicie dużo – co nie przełożyło się na zachwyt nad nimi, bo przyjęto je dość chłodno. Kto nie wierzy, niech sprawdzi fanpage grupy.

A jednak mimo tych obaw dziesiąta w dorobku płyta Weezera nie jest zła – oto najkrótsza recenzja, jaką można by napisać. Uczciwie jednak przyznajmy, że single prawie bez wyjątku się nie bronią. Do You Wanna Get High? brzmi jak odrzut z sesji do Pinkerton, bo nie ma ani melodii, ani klimatu, ani przekonującego tekstu. King of the World to dalekie echa debiutu, ozdobione jednak tak licealnym riffem, że grających go czterdziestopięcioletnich facetów robi się nieco żal. W stronę Niebieskiego próbuje również zmierzać bujana, zagrana w innym metrum L.A. Girlz, ale od hiciorów takich jak Buddy Holly dzielą ją lata świetlne.

Dociekliwi zapytają: a zatem co nam zostaje? Cóż – odpowiadam – same dobre piosenki! California Kids to prawdziwy wehikuł czasu, a zarazem kawałek, który jest dosłownie ekstraktem z mistrzowsko wykonywanego przez Weezer power popu. Perfekcyjne pomieszanie wesołej melodii i smutnego tekstu, zaklęte pod tytułem Summer Elaine and Drunk Dori, to również zdecydowanie powrót do najlepszych piosenek grupy. Ponadto obłędnie brzmi jedyny dobry singiel, Thank God for Girls, głównie za sprawą kolejnego w dorobku Cuomo licealnego (tym razem pozytywnie) tekstu, podbitego niesamowitym instrumentalnym crescendo. Prócz tego Biały to również – a jakże! – odwołania do The Beatles (Endless Bummer) oraz parę kawałków bardziej akustycznych (Jacked Up). Ot, średnia dla Weezera, ale zdecydowanie bliższa wyżyn niż nizin.

A jednak najnowsza płyta Amerykanów nie przekonuje mnie w pełni. Buńczuczne zapowiedzi nie są w stanie przykryć faktu, że jest to wydawnictwo co najmniej o jeden poziom gorsze niż najlepsze osiągnięcia grupy. Główny zarzut? Na krążku brakuje emocji. Choć Riversowi zdarza się czasem zaśpiewać w tak ekspresyjny sposób, że po plecach przechodzą ciarki (Thank God for Girls), to jednak w większości mamy do czynienia z dość zwyczajnymi piosenkami, które nie zostawiają po sobie większego wrażenia. Brakuje tu tego przejęcia, a zarazem ciepła, które charakteryzowały poprzednie wydawnictwo. Ze świecą szukać również niezwykłych melodii, które przez dłuższy czas nie chciałyby wyjść z naszej głowy. W pogoni za historią zagubiła się gdzieś ta szczerość, która zawsze stanowiła o sile grupy. Być może czas uznać, że przeszłość jest definitywnie martwa, zaś wszelkie próby powrotu do niej zdane są na niepowodzenie? Niestety, producent nie tylko nie zasugerował tego zespołowi, ale dodatkowo skupił się na gonieniu króliczka, którego dziś – w dwadzieścia lat od debiutu, a bez mała pięćdziesiąt od The Beatles i Beach Boys – złapać nie sposób.

Biały Weezer to przykład płyty, do której pasuje określenie – „dobra”. Fajnie się jej słucha, chce się do niej czasem wracać, świetnie sprawdzi się również jako prezent. Brakuje mi jednak naiwnego, smutnego Riversa oraz skontrastowanego z nim radosnego, gitarowego grania. To wszystko wprawdzie tu znajdziemy, ale zmiksowane z wymuszonymi próbami powrotu do przeszłości. W ostateczności efekt końcowy mógłby być świetny, a jest, jako się rzekło, zaledwie dobry. Cóż, dla niektórych to pewnie pozytywna wiadomość, dla mnie – cokolwiek rozczarowująca.

 

(7 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!