Zagi – Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni

Gatunek: pop
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Piesek; 2. Bym; 3. Pytania na odpowiedzi; 4. Nastrój; 5. Piosenka o końcu świata; 6. Pacze; 7. Nieporozumienia; 8. Nie tu; 9. Liść; 10. Kawa; 11. Kocie ruchy; 12. Buty 

 

Andrzej Frycz Modrzewski napisał w XVI wieku dzieło O naprawie Rzeczypospolitej. „Co tu naprawiać?” – stukali się w czoło co niektórzy. Kraj przeżywał wówczas prawdziwy rozkwit i był europejską potęgą. Ano, mówi Modrzewski, nasza ojczyzna to tak naprawdę kolos na glinianych nogach, który lada chwila runie. I choć z pewnością nie pretenduję do miana wieszcza czy wizjonera, to po pięciu wiekach mam ochotę napisać podobną książkę, zatytułowaną O naprawie polskiego rynku muzycznego. Bo pozornie nie jest źle. Ale takie płyty jak Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni znamionują potencjalnie zgubne niebezpieczeństwo, które pewnego dnia może doprowadzić rodzimą scenę do upadku.

Bo widzicie – trudno jest Zagi cokolwiek zarzucić. Uprawiana przez nią na debiutanckiej płycie muzyka to dobry, ambitny pop, który ciągnie słuchacza w różnych kierunkach i prezentuje mu się w coraz to nowych odsłonach: od akustycznych ballad po skoczne kawałki o proweniencji indie rockowej i od kontrabasu tudzież skrzypiec po mocny gitarowy przester oraz elektronikę. Muzyczna podróż, w którą zabiera nas wokalistka jest doprawdy pełna wrażeń, stąd trudno uznać te spędzone w drodze czterdzieści sześć minut za czas nudy. Jednakże z drugiej strony płyta się kończy, a w słuchaczu kiełkuje przekonanie, że w sumie nie za bardzo wiadomo, co o tym myśleć. Niby wszystko jest na miejscu, a jednak ma się wrażenie, że Zagi nie tylko zmienia szaty czy nakłada różne maski, ale nie jest jedną osobą, gdyż co jakiś czas podszywa się za nią doppelgänger. Skąd taka myśl?

Otóż na Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni dramatycznie brakuje wręcz materiału autorskiego, który pozwalałby się wybić wokalistce spośród całej rzeszy muzyków, którzy robią mniej więcej to samo. Najbardziej boli fakt, że Zagi najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, iż „ambitny pop” to terytorium rozjeżdżone już wzdłuż i wszerz.  Jeżeli by o tym wiedziała, to z pewnością nie próbowałaby brzmieć jak Dawid Podsiadło (Piosenka o końcu świata), Patrycja Markowska (Liść), Ania Dąbrowska, Sarsa czy Ewa Farna … Wymieniać można w nieskończoność. Niska barwa głosu, fajnie – ale niech robi on coś innego niż wyśpiewuje płaskie frazy, spośród których najlepsze zaklęte są w słowach „pam-pam-pam”  (Nieporozumienia). Nawet gitara elektryczna, która na tle popowych wykonawców mogłaby być istotnym novum, stanowiącym zalążek własnego stylu, okazuje się na tyle wygładzona, że najbliżej jej do brzmienia reprezentowanego niegdyś przez Feel (Kawa).

Z drugiej strony Zagi wpada czasem na niegłupie pomysły, które są w stanie choć na kilka chwil przykuć uwagę słuchacza. Takie Bym na przykład to fajny kawałek całkiem wyspiarskiego rocka alternatywnego. Przekonuje również miejscami, bo na pewno nie w całości, nieco bardziej charyzmatyczne Pacze. Cóż jednak z tego, skoro trafiają się tu również utworu nieudane, takie jak płaczliwy, płaski niczym kartka papieru Nastrój czy sztampowa do szpiku kości balladka, ukryta pod tytułem Liść? Ostateczny bilans wychodzi więc na zero, a słuchacz może poczuć, że czas, który spędził z tą płytą, jest mimo wszystko stracony.

I jeżeli Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni miałoby się czymś obronić, to może byłyby to emocje. Właśnie – byłyby, jeżeli dałoby się je znaleźć. Niestety, choć teksty próbują angażować, to ich poetyka grzęźnie w niewyraźnych, pozbawionych uroku frazach, które nie są w stanie wykrzesać żadnych głębszych uczuć. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że gdyby którakolwiek z piosenek uwzględnionych na setliście została wyemitowana w radiu, z pewnością nie zwróciłbym na nią uwagi. Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby taki okazał się cel wokalistki, a właściwie wytwórni, która uczyniła z Zagi kolejny produkt typu instant.

Jakie zatem postulaty zawarłbym w swoim manifeście O naprawie polskiego rynku muzycznego? Przede wszystkim żądałbym, aby dać dojść do głosu nowym artystom i nie wymagać od nich, by brzmieli jak taka czy inna gwiazda, która dowiodła swojej skuteczności w generowaniu sowitych przychodów na rodzimym podwórku. Nie wiem, czy Zagi była poddawana takiej presji, ale nie umiem inaczej wytłumaczyć sobie tego, że młoda wokalistka, która miewa naprawdę fajne pomysły, trochę zawala swój debiut. Kilka lat, parę miesięcy i 24 dni okazuje się bowiem swoistym the best of ostatnich paru lat polskiego rynku muzycznego. Niestety, w tym wszystkim ginie to, co najważniejsze – własny styl. No cóż, pocieszam się, może następnym razem.

 

5 Stars (5 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!