Zwłoki – Zwłoki

Gatunek: punk rock
Data wydania: 2017
Spis utworów: 1. Wolność; 2. Nie jesteś mądry, nie jesteś piękny; 3. Incydent; 4. Przyjacielu mój; 5. Inny; 6. Zabójcy Kubusia Puchatka; 7. Mesjasz; 8. Nienawidzę; 9. Za moimi drzwiami; 10. Ciernisty szlak; 11. Testament – nie będę śpiewał; 12. Nasz koniec

 

Zwłoki to punkowa legenda. Kiedy jednak używam tego spowszedniałego już dziś określenia, mam na myśli coś innego niż tylko stwierdzenie, iż jest to zespół, który na Dolnym Śląsku przez lata cieszył się statusem kultowego. Zależy mi raczej, by podkreślić, że muzycy, którzy pierwotnie wchodzili w jego skład, w znacznej mierze odpowiadają za kształt punk rocka w naszym kraju. Dość powiedzieć, że udzielali się oni w późniejszych latach w takich składach jak Prawda (Cezary Kamienkow) czy Sedes (Adam Zalewski). Nie bez znaczenia jest również to, że zespół nie pozostawił po sobie żadnych nagrań studyjnych, przez co – podobnie jak prawdziwe legendy – był on przedmiotem wiedzy przekazywanej głównie drogą ustną.

Dlatego sam fakt, że wrocławska kapela wydała wreszcie debiutancki krążek należy uznać za cud. Pytanie, które w tym miejscu się pojawia, jest jednak oczywiste – czy po niemal czterech dekadach piosenki są wciąż w stanie się obronić? Odpowiedź na nie jest pozytywna: debiut Zwłok to dobry krążek. Potrzebne są tu jednak dodatkowe zastrzeżenia. Najważniejsze z nich dotyczy tego, że utwory pochodzą z początkowego okresu działalności grupy, a przez to inspirowane są wpływami głównie brytyjskiego i wczesnego amerykańskiego punk rocka. Dominują tempa umiarkowane, zaś brzmienie krąży od Ramones (Nie jesteś mądry, nie jesteś piękny) po UK Subs (Nienawidzę, Wolność). Dla współczesnego słuchacza tego typu muzyka może wydawać się nieco archaiczna. Oczywiście nie ma w tym nic złego, bo w końcu klasyka zawsze się broni, ale zarówno fani galopujących temp, jak i podciągniętego pod pop brzmienia nie mają tu za bardzo czego szukać. Ci pierwsi będą być może ukontentowani Mesjaszem, ci drudzy będą mieli twardszy orzech do zgryzienia, bo nie znajdą dla siebie nic.

Rzecz druga: pomimo iż piosenki sięgają czasów odległych, to ducha starego, pierwotnego punk rocka szukać w nich trzeba ze świecą. Sytuacja ta może być traktowana zarówno jako zaleta, jak i wada. Za tą pierwszą interpretacją przemawia fakt, że świetnie broni się klarowna produkcja, która podkreśla dzikość zarejestrowanego materiału. Z drugiej strony, nie potrafię sobie wyobrazić, jak piosenki te brzmiały jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego – w obecnej postaci są one wymuskane, dopracowane i ładnie zagrane (perkusista wykorzystuje nawet podwójną stopę). Być może bardziej niż o wadzie można tu mówić o niewykorzystaniu potężnej zalety, jaką byłoby wybicie się spośród wielu street punkowych zespołów, które grają mniej więcej to samo. Do tego jednak niezbędne jest bezkompromisowe czerpanie z historii, a tego niestety Zwłoki nie robią.

Całe szczęście nie zmienia to faktu, że dobrze bronią się same piosenki, spośród których wiele to klasyki punk rocka. W kontekście całego krążka najlepiej wypadają rzeczy najbardziej oryginalne. Zdecydowanie najmocniejszym punktem całej płyty jest Przyjacielu mój – utrzymany w metrum 6/8 kawałek, obdarzony niesamowitą melodią, którą wyśpiewuje czysty wokal. Równie sympatyczne okazuje się Za moimi drzwiami, które zyskuje zwłaszcza za sprawą interesujących zmian dynamiki. Niestety, na tym tyle ostatnie trzy kawałki są już zachowawcze i niczym się nie wyróżniają, a przez to prześlizgują się po granicy percepcji. Przesadna różnorodność nie jest zresztą cechą tej płyty – utwory na niej są stosunkowo zhomogenizowane, stąd trzeba się z nią solidnie osłuchać, by w pełni docenić poszczególne kompozycje.

Debiut Zwłok to bez wątpienia płyta potrzebna. Kiedy jednak zastanawiam się nad dwoma możliwymi pobudkami, zachęcającymi do jej przesłuchania – sentymentem oraz chęcią usłyszenia prymitywnego punk rocka z lat jego wykuwania się – dochodzę do wniosku, że Zwłoki w żadnej z tych kategorii nie są w stanie bezprecedensowo wygrać. Jak na sentyment za mało tu „starych, dobrych czasów”, a jak na płytę na wskroś współczesną – zbyt mało oryginalności. Wrocławianie nagrali po prostu dobry krążek, co – rzecz paradoksalna – jak na zespół o statusie legendy wydaje się mimo wszystko osiągnięciem odrobinę poniżej oczekiwań.

 

(6 / 10)

  •  
  •  
  •  
  •  

Wypowiedz się!